autorką artykułu jest Alicja Fischer

Do Parku Narodowego Yosemite przyszedł kiedyś list napisany przez jedną z młodych „rangerek”. Do kartki papieru, taśmą klejącą przyczepione były 2 małe patyczki. W liście dziecięcą ręką napisano:

Drodzy Strażnicy Parku,
Jestem Młodą Strażniczką Yosemite. Ostatnio byłam w Parku i przez przypadek przyniosłam do domu dwa patyczki. Wiem, że nie powinnam zabierać niczego z Yosemite. Odsyłam je. Proszę, umieśćcie je z powrotem w przyrodzie. DZIĘKUJĘ.


Przytaczam treść tego listu nie po to, by nagle nasze biura i urzędy pocztowe zostały zasypane odsyłanymi kamyczkami, patyczkami czy jesiennymi liśćmi. Wrócimy do tego później.

Każda osoba zajmująca się edukacją przyrodniczą zadaje sobie pytanie, co zrobić, by dać uczestnikom coś więcej niż tylko zbiór licznych faktów i informacji, które muszą konkurować z bodźcami i szumem informacyjnym codziennego życia. Niestety często ta „walka” kończy się przegraną. Nie jest odkryciem to, że próba przeniesienia lekcji ze szkolnej ławki w przyrodę w skali 1:1 kończy się niepowodzeniem. Nawet jeśli edukator miałby najlepsze intencje i poczucie dobrze spełnionego obowiązku. Do tego dochodzi jeszcze wyzwanie związane z deficytem kontaktu z naturą w codziennym życiu dzieci i młodzieży. Temu zagadnieniu poświęcono już wiele prac naukowych. Deficyt ten wcale nie musi dotyczyć jedynie mieszkańców dużych miast.

Stając oko w oko z uczestnikiem w każdym wieku: dzieckiem, nastolatkiem czy seniorem, dostajemy potencjał, który równie dobrze możemy wykorzystać jak i zmarnować. Spotkanie to staje się jeszcze trudniejsze, jeśli dodatkowo uczestnik wspólnego poznawania przyrody nie ma motywacji wewnętrznej. Dotyczy to choćby niektórych uczniów z grup szkolnych. Zapewne wielu z nich chciałoby spędzić czas inaczej, niż im proponujemy, w zupełnie innej przestrzeni. Oswojenie z miejscem i okolicznościami wymaga czasu, którego, zarówno my, edukatorzy, jak i uczestnicy, często po prostu nie mamy. Czasem jednak wystarczy niewiele. Ledwie iskra, by wykorzystać wspólny czas i potencjał jak najlepiej.

Jak już wspomniałam, podstawą edukacji przyrodniczej jest przekazywanie faktów, opartych na wieloletnich obserwacjach i badaniach naukowych. Od samych edukatorów zależy jednak czy skupić się jedynie na tym czy pójść o krok dalej, wzbudzić wspomnianą iskrę. Zawsze zadaję sobie to pytanie: i co z tego wynika? Co wynika ze zbioru informacji, danych i statystyk? Jakie jest ich znaczenie?

Edukacja przyrodnicza powinna opierać się o budowanie relacji i pełnego zaangażowania, „zanurzenia się” w naturze. Poznanie procesu fotosyntezy nie gwarantuje, że będziemy się nią zachwycać patrząc na każdą spotykaną roślinę. Choć zdarzają się wyjątki. Z reguły jednak fascynacja zaczyna się od bezpośredniego doświadczania i właśnie zachwytu, prowadzącego do własnych odkryć. Tylko wtedy, poprzez wzbudzenie wewnętrznej motywacji, możemy tak naprawdę przejść wspólnie przez proces uwrażliwienia, docenienia i wzbudzenia szacunku do tego, co nas otacza.

Wróćmy do początku. O czym napisała wspomniana dziewczynka w swoim liście?

***

Artykuł powstał w ramach projektu: “Przyroda miasta i okolic jako przestrzeń spotkania dzieci z lokalną przyrodą i przeciwdziałania syndromowi deficytu natury”. Zadanie to jest współfinansowane ze środków Wojewódzkiego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej w Krakowie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *